19 listopada 2007 roku to wspaniała data dla wszystkich graczy – wtedy została wydana pierwsza część serii o przygodach Nathana Drake’a. Nikt jeszcze wtedy nie wiedział, jakim echem poniesie się ten tytuł i jaką markę zbuduje. Jak wyglądała rozgrywka 19 lat temu oraz czy tytuł dobrze się zestarzał?
Nathan i spółka
Rozgrywka rozgrywką, ale co czyni grę dobrą? Postacie: dobrze napisany bohater pierwszoplanowy, jego przyjaciele oraz antagonista. Nathan Drake to z pozoru zwykły mężczyzna w jeansach. Jest uosobieniem poszukiwacza przygód – to takie połączenie Lary Croft i Indiany Jonesa. Trzydziestolatek jest spragniony przygody i chce odnaleźć skarb. Jego inspiracją jest Sir Francis Drake, czyli rzekomy przodek Nathana.
Starszy wiekiem przyjaciel Nathana to Sully, który ma o 25 lat więcej niż on; to również żądny przygód poszukiwacz. W trakcie historii z pierwszej części dowiadujemy się, iż narobił on sobie długów u bardzo niebezpiecznych osób, które teraz chcą odzyskać to, co ich.
Przez całą grę bohaterowi towarzyszy Elena Fisher, dziennikarka amerykańskiej telewizji, która nagrywa poczynania protagonisty. Według kierowniczki produkcji jest to żeński odpowiednik Nathana.
Historia
Gra zaczyna się od wyłowienia przez Nathana trumny swojego przodka z dna oceanu. Nie znajduje on tam żadnych szczątków Francisa, tylko jego notatnik zamknięty w szkatule. Dość ciekawym zabiegiem jest wprowadzenie kluczowego przedmiotu już na początku. To trochę tak jak ze strzelbą Czechowa – pokazany dziennik może nie wybucha na końcu gry, ale stanowi główne źródło informacji o zagadkach logicznych pojawiających się przez całą rozgrywkę. Warto dodać, iż notatnik sam z siebie nie strzela, ale „przyjmuje kulkę” za Sully’ego, kiedy to Gabriel Roman próbuje go zastrzelić po wyjściu Nate’a z niemieckiego U-Boota.
To naprawdę intrygująca i interesująca historia, która pokazuje nam odkrywanie skarbów jako niekończącą się walkę i przygodę. Oczywiście, jak praktycznie każda opowieść, ta również ma swoje niedociągnięcia, aczkolwiek nie są one aż tak rażące i można je odpuścić.
Jednakże warto przyjrzeć się dynamice rozgrywki. Jest ona główną i największą wadą pierwszej części. jeżeli miałaby zostać opisana w procentach, to 50% zajmują wybuchy, strzały i walka na pięści, a pozostałe 50% dzieli się na historię, dialogi, cutsceny, eksplorację oraz parkour. Praktycznie w każdym rozdziale są strzały i wybuchy – nie ma chwili odpoczynku. Jak na platformówkę nie wygląda to zachęcająco, ponieważ jeżeli ktoś chce wybuchów, lepiej, żeby odpalił sobie np. Killzone lub Battlefield.
Rozgrywka
Tutaj nie ma zbyt wielu rażących błędów. Największe, jakie są wytykane, to np. te związane z systemem osłon – nie do końca wszystkie zawsze działają. Nathan ma czasami problem z odklejeniem się od ściany, przy której stoi. Podczas ostrzału, nieważne, w którą stronę przekręci się drążek, protagonista zachowuje się, jakby miał nogi z ołowiu i bez widowiskowego przewrotu przez ramię za nic w świecie się nie ruszy.
Osłony wypadają jeszcze nie do końca przemyślanie w jednym aspekcie. Strzelanie zza osłon wydaje się być niezbyt logiczne. Podczas gdy chowamy się przykładowo za ławką i kucamy, Drake wstanie, by oddać strzał w bok. De facto nie musiałby tego robić, a wystawia się na ostrzał przeciwników bez sensu. Występuje to tylko wtedy, gdy chcemy precyzyjnie mierzyć z broni – nie widać tego przy ostrzale na oślep.
Warto docenić również parkour. Nie dość, iż jak na tamte czasy wydaje się być bardzo intuicyjny oraz nie tak „kwadratowy” jak w innych grach, to wartością dodaną jest infrastruktura. Nie ma czegoś takiego, iż na porośniętej mchem ścianie nagle pokazują się czerwone klocki, które definitywnie ukazują, gdzie trzeba skoczyć. W tej grze jest to zrobione bardziej dokładnie – może nie perfekcyjnie, ale lepszy rydz niż nic. Ze wspomnianej wcześniej ściany bardzo często wystają cegły. zwykle od góry mają biały nalot, który wskazuje, iż to jest miejsce skoku. Wygląda to bardziej realistycznie niż wielka strzałka z napisem „tutaj skoczyć”.

1 godzina temu















