
The Legend of Zelda: Ocarina of Time to niezwykle wierne odtworzenie kultowej gry. Wliczając w to wiele archaizmów 1998 roku, jak brak szybkiej podróży czy wyraźnych wskaźników do celu.
Nie ma tu szybkiej podróży. Nie ma strzałek prowadzących do celu. Lokacje bywają korytarzowe do bólu. Pod wieloma względami The Legend of Zelda: Ocarina of Time to produkcja archaiczna, mocno odbiegając od współczesnego kanonu. Właśnie to czyni przygodę wyjątkową, zapadającą w pamięć i jedyną w swoim rodzaju.
The Legend of Zelda: Ocarina of Time przypomina, jakie gry były dawniej: nieoczywiste, kreatywne, nurtujące
Z lekkim zażenowaniem przyznaję: był moment, kiedy chwilowo utknąłem. Chociaż wiele lat temu przeszedłem Okarynę na Nintendo 3DS, musiało minąć kilka chwil, nim moje zwoje umysłowe zaczęły pracować. Zadanie wymagało pokazania przedmiotu konkretnej osobie, a brak strzałek do celu czy wielkich wykrzykników nad głowami NPC to coś, co w 2026 roku może zaskakiwać. Zwłaszcza młodszych graczy, przyzwyczajonych do prowadzenia za rękę.
The Legend of Zelda: Ocarina of Time, chociaż wygląda jak gra współczesna, skrywa pod teksturami produkcję do bólu archaiczną. Bez szybkiej podróży, wykrzykników z celami oraz ułatwień dostępnych w nowszych grach Nintendo. Jest w tym surowe, naturalne piękno. Biegnąc od punktu A do punktu B gracz przypomina sobie, iż choćby powtarzalne wędrówki mogą dawać przyjemność. Wcale nie trzeba zrobić 17 zadań w 30 minut, aby dobrze się bawić. Czasem wystarczy klimatyczny zachód słońca.


Z drugiej strony, momentami archaiczność nie ma w sobie nic z sentymentalnej magii. Część podziemi jest po prostu żmudna. W 1998 roku mogła intrygować, ale prawie 30 lat później nie zostało w nich już nic wyjątkowego. Tu przesuwamy skrzynię, tam strzelamy do tarczy, absolutny banał. Na tym tle logiczne, zachęcające do kreatywności wyzwania z Tears of the Kingdom czy Breath of the Wild to kompletnie inna liga. Na szczęście te dłuższe dungeony, jak Forest Temple, przebudowano i poprawiono.
Nintendo nie wszystko zostawiło po staremu. Nowe The Legend of Zelda: Ocarina of Time to armia małych usprawnień
Link potrafi teraz szybciej biegać. Celowanie wykorzystuje sensory ruchowe. Wchodzenie do sklepów i innych pomieszczeń odbywa się bez ekranów wczytywania. Podzamcze jest teraz przepiękną lokacją 3D, a nie tylko dwuwymiarowym obrazem. Główny bohater nauczył się skakać. Cykl dobowy obowiązuje również w miasteczkach i bezpiecznych przystaniach. Interfejs można schować, aby rozgrywka była bardziej filmowa. Punkty automatycznego zapisu są gęste i częste, bez wpływu na dynamikę. Ulepszono ekonomię, aby powodowała mniej niepotrzebnych problemów.
Świetna zmiana dotyczy postaci. Zostały udźwiękowione, a gra aktorska stoi na naprawdę solidnym poziomie. W połączeniu z nową oprawą graficzną, The Legend of Zelda: Ocarina of Time momentami ociera się o poziom animacji Pixara czy Disneya. Doceniłem to zwłaszcza podczas wizyty w stadninie koni, gdzie negocjowałem uwolnienie niepokornej Epony. Kapitalna reżyseria, coś kosmicznego. Czułem się jak w interaktywnym Toy Story.
Co zaskakujące, nowe możliwości takie jak skok czy bieg nie wpływają diametralnie na rozgrywkę. Starcia wciąż pozostają szybkie i powtarzalne, a eksploracja w żaden sposób nie zostaje zaburzona. Walka jest nieco lepsza niż w oryginale, ale to głównie zasługa poszerzonego katalogu zachowań bossów. Przykładowo, pierwszy poważny wróg z wielkim okiem stanowiącym cel potrafi się teraz osłaniać przed strzałami, co czyni starcie znacznie ciekawszym.


The Legend of Zelda: Ocarina of Time to istotny moment dla polskich graczy. Dostajemy świetne tłumaczenie
Polskie napisy w Ocarina of Time to nie tylko potężne ułatwienie – dialogów jest bowiem masa – ale też dobrze zrealizowana robota. Nie mamy do czynienia z prostym translatorem AI. W grze pojawiają się specyficzne polskie zwroty (np. bejbe), pogodna nowomowa i zachowawczość tam, gdzie to wskazane. Na przykład w braku tłumaczenia Triforce na nasz język.
Muszę przyznać, iż granie w The Legend of Zelda: Ocarina of Time po polsku to dla mnie dosyć wzruszający moment. Przez dekady nasz kraj był niewidoczny dla Japończyków z Nintendo. Za to teraz piękne reklamy The Legend of Zelda są widoczne na katowickich tramwajach, a dystrybutor docenia polskich konsumentów bardziej niż kiedykolwiek. Jedna z niewielu pozytywnych zmian w branży na przestrzeni ostatnich lat.
Gdy w The Legend of Zelda: Ocarina of Time dochodzi do pierwszej podróży w czasie, szczęka opada. Znikają wątpliwości
Dopiero po pierwszych 5-6 godzinach rozgrywki Japończycy odkrywają przed nami swój geniusz. Gracz przenosi się w czasie, 7 lat w kierunku mrocznej przyszłości. Możliwość zestawienia perspektyw przed i po kryzysie Hyrule to jedna z największych zalet OoT. Lokacje, postacie, atmosfera – wszystko diametralnie się zmienia, a odkrywanie „co u XYZ” wciąga. Zderzenie kolorowej przeszłości z mroczną przyszłością umiejętnie podkręca nowoczesna oprawa graficzna.
Właśnie wtedy, po 5-6 godzinach rozgrzewki, The Legend of Zelda: Ocarina of Time staje się produkcją 9/10. Absolutnym majstersztykiem, który wymyka się korzeniom 1998 roku. Tytuł ewoluuje do formy ponadczasowego dzieła, w którym wszystko zaczyna się zazębiać: progresja, zadania, eksploracja. Tylko walka pozostaje co najwyżej przeciętna. Szkoda, iż Nintendo nie odważyło się dokonać w tym miejscu głębszych zmian.


Kolejne dziesięć godzin mija błyskawicznie. Nowa Ocarina of Time trzyma przy ekranie tak, iż kompletnie zapomniałem o Phantom Blade Zero. To jedna z tych gier, gdzie po odstawieniu Switcha 2 myślami pozostaję w wirtualnym świecie, planując następne posunięcia bohatera. Na swój sposób niesamowite, iż prawie trzy dekady później formuła zaproponowana na Nintendo 64 wciąż potrafi tak skutecznie podbić serce gracza.
Mam żal do Nintendo o to, iż dodali tak mało nowej zawartości
Jasne, od technicznej strony wszystko jest tu nowe i zbudowane od zera. Za to z perspektywy struktury nie zmienia się wiele. Niesławne Water Temple doczekało się ulepszenia, dzięki czemu nie powraca trauma z dzieciństwa. Forest Temple także jest znacznie ciekawsze. Za to kompletnie nowe obszary naliczyłem dwa: coś na kształt małych bagien oraz kanały pod zamkiem. Być może nie odkryłem jakiegoś sekretu albo pamięć płata mi figle, ale chciałbym więcej bonusów.
Czymś zupełnie nowym jest Hall of Fallen Foe, gdzie gracz może dokładnie przyjrzeć się modelom 3D pokonanych przeciwników oraz ponownie stoczyć walki z bossami. To jednak na tyle, jeżeli chodzi o istotne nowe moduły. No chyba, iż za takie liczymy możliwość grania na okarynie przy pomocy nucenia, rejestrowanego przez mikrofon urządzenia.
Wciąż trudno mi się przyzwyczaić, iż gra z serii The Legend of Zelda może być tak piękna
Ocarina of Time działa we względnie stabilnych 60 klatkach na sekundę, oferując naprawdę świetną oprawę. W kategorii Nintendo mówimy o rozmachu AAAA. Z modelami tak szczegółowymi, iż widać iskrę duszy tańczącą w źrenicach bohaterów. To, jak szczegółowa i pełna emocji jest facjata Linka, naprawdę imponuje. Japończycy pokazali, iż potrafią tworzyć produkcje z piękną oprawą, zacierając wpadkę przy Metroid Prime 4.


Momentami to wręcz irracjonalne, jak dobrze wygląda OoT. Gdy pierwszy raz wszedłem do Podzamcza, nie mogłem się napatrzeć na wizualne bogactwo. To samo tyczy się Lasu Kokiri, z przepięknie wyglądającą mgłą, rozwiewającą się pod wpływem kroków Linka. Nintendo przypomina, iż nie trzeba mieć RTX-a 5090, żeby oferować piękne kadry, a otwarte pola Hyrule, po których gracz może się swobodnie poruszać na wierzchowcu, są tego doskonałym przykładem.
Tu mój apel: koniecznie wejdźcie do ustawień i wyłączcie zbędny interfejs podczas rozgrywki, wybierając opcję Pro albo Master. Rozgrywka staje się znacznie przyjemniejsza, a detale zaczynają wylewać się z ekranu.
The Legend of Zelda: Ocarina of Time sprostało legendzie. To jedna z trzech najlepszych gier na Nintendo Switch 2
Donkey Kong Bananza. Fire Emblem: Fortune’s Weave. The Legend of Zelda: Ocarina of Time. Tak rysuje się panteon najlepszych produkcji Nintendo dla Switcha 2 i nie wydaje mi się, aby sytuacja gwałtownie uległa zmianie. Każda z tych produkcji jest rewelacyjna, ale tylko jedna miała niemal niemożliwe zadanie do wykonania: sprostać legendzie. Remake robi to jednak po mistrzowsku, chociaż osobiście wolałbym nieco więcej nowych pomysłów oraz komponentów.
Niezależnie, czy grałeś w oryginał na N64, remaster na 3DS albo zaczynasz przygodę z Okaryną po raz pierwszy, czeka cię wspaniała przygoda. Pamiętaj tylko, iż produkcja potrzebuje 5-6 godzin na pełne rozwinięcie skrzydeł. Kiedy w końcu to robi, przeżyjesz jedno z najlepszych doświadczeń, jakie branża gier wideo kiedykolwiek miała do zaoferowania. The Legend of Zelda: Ocarina of Time to ponadczasowy hit, którego nie ciągną w dół archaizmy.

Największe zalety:
- Wierny remake kultowej legendy
- Jedna z trzech najlepszych gier na Switcha 2
- Rewelacyjna oprawa. Nie wiedziałem, iż Nintendo stać na coś takiego
- Bardzo dobra polska wersja językowa (napisy)
- Armia małych usprawnień: skakanie, loadingi, zmiana czasu
- Dobrze zrealizowane celowanie sensorami ruchowymi
- Nowe kawałki orkiestrowe są fenomenalne
- Stabilne 60 klatek na handdeldzie i TV
- Water Temple w końcu nie traumatyzuje
- Produkcja podchodzi do gracza z szacunkiem, nie ma nas za idiotów
- Świetne udźwiękowienie postaci (angielski)
Największe wady:
- Przeciętna walka (trochę lepiej z bossami)
- Za mało zupełnie nowych elementów i obszarów
- Niektóre dungeony są nudne i żmudne
Ocena recenzenta: 9.10
The Legend of Zelda: Ocarina of Time to jedna z trzech najlepszych gier na Nintendo Switch 2. Twórcy oddali hołd legendzie, tworząc legendę


















