
Roboty dostawcze miały usprawnić dowóz jedzenia w miastach. Zamiast tego coraz częściej stają się ofiarami agresji i frustracji przechodniów.
Choć na naszych ulicach wciąż dominują ludzcy dostawcy na skuterach i rowerach, to z czasem na nasze gastronomiczne (i nie tylko) zachcianki będą odpowiadać roboty dostawcze. A jak pokazują doświadczenia ze Stanów Zjednoczonych i kilku państw Europy, największym wyzwaniem dla tych maszyn wcale nie jest technologia, lecz… ludzie.
Roboty z jedzeniem na celowniku wandali
Problem wandalizmu wobec robotów dostawczych nie jest nowy, ale wraz ze wzrostem ich liczby przybiera na sile. Już w 2020 r., gdy startup Kiwibot rozpoczął testy na kampusie Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley, około 2 proc. dostaw kończyło się incydentami – od przewracania maszyn po ich uszkadzanie. Każdy taki incydent oznaczał dla Kiwibot od kilkuset do choćby kilku tysięcy dolarów strat.
Dziś skala zjawiska jest większa, a jego formy – bardziej agresywne. W Sheffield w Wielkiej Brytanii roboty wykorzystywane przez Uber Eats zostały pokryte graffiti z hasłem „off our streets” („wypad z naszych ulic”). W Los Angeles odnotowano przypadki niszczenia robotów w sposób trudny do nazwania inaczej niż skrajnie prymitywny, bo do komory robota wciśnięto brudną pieluchę. Z kolei nagrania wykonane w brytyjskim Leeds pokazują, jak grupa przebranych uczestników imprezy podnosi robota i wyrzuca go w krzaki.
Nie zawsze chodzi wyłącznie o „zabawę” czy nadprogramowy alkohol. Coraz częściej widać też element frustracji społecznej. W stanie Waszyngton jeden z przechodniów odmówił pomocy robotowi proszącemu o naciśnięcie przycisku na przejściu dla pieszych, wykrzykując, iż maszyny „zabierają ludziom pracę” – co, swoją drogą, jest tylko połowicznie prawdą.
Do tego dochodzą incydenty, które podważają zaufanie do samej technologii. W Chicago dwa roboty dostawcze wjechały w przystanki autobusowe, rozbijając szyby. Ówcześnie nie ucierpiał żaden człowiek, jednak tego typu sytuacje sprawiają, iż społeczeństwo nie jest zbyt skore zaufać autonomicznym maszynom dostarczającym jedzenie. A przynajmniej nie w miejskiej dżungli.
Firmy, do których należą roboty dostawcze starają się minimalizować skutki takich zdarzeń. Podkreślają, iż przypadki wandalizmu stanowią niewielki odsetek wszystkich dostaw, a roboty są wyposażone w zabezpieczenia – zamknięte schowki, monitoring czy systemy alarmowe. Uszkodzone jednostki są naprawiane i gwałtownie wracają do pracy.
Mimo to negatywne nastawienie ludzi do maszyn dostarczających jedzenie to wciąż relatywnie duży problem, bo w przeciwieństwie do robotów w fabrykach czy autonomicznych taksówek, roboty dostawcze mają być dosłownie wśród nas: przejeżdżać obok nas na chodniku, czekać wraz z nami na zmianę świateł czy odpowiednio reagować gdy pieszy zatarasuje drogę lub się przewróci. Dlatego roboty dostawcze muszą być przygotowane na każdy scenariusz: od wsparcia ze strony człowieka, który pomoże maszynie przy krawężniku, poprzez obojętność, a kończąc na antypatii i rzucaniu kłód pod koła.
Oczywiście przez cały czas w choćby najbardziej optymistycznym scenariuszu akceptacji społecznej, zawsze znajdzie się osoba na tyle agresywna lub niedojrzała, by uciec się do aktów wandalizmu. A to z kolei powinno być uwzględnione w kosztach każdej firmy, która ma ambicje dostarczać twojego kebaba robotem.
Więcej na temat robotów dostarczających jedzenie:

















