Ostatnio zaczytuję się w historiach z cyklu "Kane" Karla Edwarda Wagnera. Choć przez kolejne powieści i opowiadania najciekawszą personą jest tytułowy antybohater - nieśmiertelny, wywołujący wszędzie konflikty tułacz będący osobliwym połączeniem mitologicznego Prometeusza i biblijnego Kaina - w pamięć zapadła mi opowieść związana z pewnym olbrzymem. Przedstawiciel ginącej rasy napotkał Kane'a podczas poszukiwań ciała wielkiego władcy swojego ludu - po drodze oczywiście polemizując z tymczasowym towarzyszem na temat wyższości własnej cywilizacji. Podkreślał jej wyższą wytrzymałość, samowystarczalność tudzież harmonię z naturą, gardząc zarazem ludzkim dorobkiem - jakby mocował się z faktem, iż to ci ostatni powoli triumfują. Gdy myślę o Duke Nukem 3D - któremu dopiero co stuknęły trzy dychy - maluje mi się z lekka obraz usadowionych w zapomnianej jaskini, na wiecznym tronie, mocarnych królewskich zwłok. Oznaka czasów, które już nigdy nie powrócą. Smutna, ale dumna.