Obrona powietrzna to finansowe samobójstwo. Nowe maszyny właśnie to zmieniły

konto.spidersweb.pl 2 godzin temu

Patriot za kilka milionów dolarów kontra irański Shahed za ułamek tej kwoty. Jeszcze niedawno obrona powietrzna wyglądała jak finansowe samobójstwo. Teraz na scenę wchodzą drony przechwytujące: tanie, masowe i coraz skuteczniejsze.

Wojna w powietrzu nad Ukrainą bardzo gwałtownie stała się także wojną kalkulatorów. Każdy zestrzelony Shahed czy rozpoznawczy bezzałogowiec oznaczał nie tylko uratowane życie, ale też gigantyczny rachunek za rakietę przeciwlotniczą. W skrajnym przypadku jedna rakieta z zestawu Patriot kosztuje choćby kilkadziesiąt razy więcej niż cel, który niszczy.

W taki sposób nie da się wygrać długiej wojny. Tu pojawiają się drony przechwytujące: niewielkie maszyny budowane często na bazie platform FPV, które nie przenoszą głowicy bojowej, tylko fizycznie taranują wrogiego drona w powietrzu. Ukraińskie lotnictwo podaje, iż już mniej więcej co trzeci zestrzelony rosyjski cel powietrzny spada właśnie za sprawą takich kamikadze obrony powietrznej, a nad Kijów ich udział w zwalczaniu Shahedów miał w lutym przekraczać 70 proc.

Zamiast rakiety liczonej w milionach dolarów, obrońcy wysyłają maszynę kosztującą rząd kilku tysięcy. Gdy sukces misji przekracza 60 proc., a produkcja liczona jest w dziesiątkach tysięcy sztuk rocznie, ekonomia nagle zaczyna grać po stronie słabszego militarnie państwa.

Tarcza zbudowana z masy, nie z pojedynczych cudów techniki

Klasyczna obrona powietrzna to tak naprawdę piramida: na dole artyleria lufowa i karabiny, wyżej systemy krótkiego zasięgu, na szczycie najbardziej zaawansowane wyrzutnie dalekiego zasięgu. Drony przechwytujące tworzą nową warstwę, która wciska się między te poziomy.

Ich zadanie nie polega tak naprawdę na zastąpieniu Patriotów czy NASAMS-ów, tylko na przejęciu tego, co dla rakiet jest najgorsze: masowych, stosunkowo tanich celów. Shahed lecący nisko i powoli to idealna ofiara dla małego, zwinnego quadcoptera, który potrafi rozpędzić się do ponad 300 km/h i w ostatniej chwili wgryźć się w kadłub atakującej maszyny.

Ukraińskie formacje dronowe chwalą się, iż same tylko jednostki wyspecjalizowane w przechwytywaniu potrafią zestrzelić w miesiąc tysiące rosyjskich bezzałogowców różnych typów. W 2025 r. produkcja dronów przechwytujących miała sięgnąć około 100 tys. sztuk, a ich dostawy na front liczone były w ponad 1,5 tys. maszyn dziennie. To już przemysł, nie partyzantka. Dane te przewijają się zarówno w raportach Kijowa, jak i analizach zachodnich think tanków.

Oznacza to, iż każdy rosyjski atak rojem dronów spotyka nad Ukrainą własny rój – tyle iż broniący się kosztuje wielokrotnie mniej.

Jak poluje dron przechwytujący?

Z zewnątrz wiele z tych maszyn wygląda jak dobrze znane z frontu drony FPV: 4 śmigła, kamera, anteny i bateria. Różnica kryje się w tym, jak i gdzie pracują.

Najprostsze przechwytujące FPV bronią ostatniego kilometra. Startują dopiero wtedy, gdy cel jest już blisko chronionego obiektu – transformatora, magazynu, bloku mieszkalnego. Pilot siedzący przy konsoli, często kilkanaście kilometrów dalej, dostaje namiar z radarów, systemów akustycznych albo z sieci rozproszonego rozpoznania i ma kilkanaście sekund, by naprowadzić maszynę na kurs kolizyjny.

Do tego dochodzi coraz więcej konstrukcji wyspecjalizowanych. Jedne mają zadanie gwałtownie się wznieść i dogonić cel, zanim ten w ogóle dotrze nad miasto. Inne, o skrzydłowej konstrukcji, zbliżonej do małych samolotów, są projektowane do dłuższego pościgu za rozpoznawczymi dronami lecącymi wysoko i dalej od linii frontu.

Technicznie wciąż jest to w dużej mierze walka człowieka z maszyną. Mimo głośnych deklaracji o algorytmach, większość tych przechwytów wykonują operatorzy w trybie ręcznym. Automatyczne funkcje oczywiście wspomagają lot, ale decyzja o ostatnim szarpnięciu drążkiem i wejściu w kolizję wciąż należy do pilota.

Wojna elektroniki, baterii i radarów

Tania warstwa obrony brzmi jak idealne rozwiązanie, ale gwałtownie okazało się, iż każda z tych przewag ma swoją cenę.

Dron przechwytujący, który nie wie, gdzie jest przeciwnik, jest tylko drogim gadżetem. Ukraińscy dowódcy nie ukrywają, iż to właśnie radary, sieci wykrywania akustycznego i łącza danych są dziś wąskim gardłem tego systemu. Bez odpornego na zakłócenia radaru i stabilnej łączności choćby najlepszy interceptor zamienia się w ślepego owada.

Kolejnym problemem jest to, iż Rosja odpowiada intensywnym zagłuszaniem, wprowadzaniem w błąd systemów GPS, a choćby montowaniem na swoich dronach nadajników IR mających oślepiać operatorów. Pojawiają się też przynęty: tanie makiety z pianki i sklejki, których jedynym zadaniem jest wyciągnąć z ukraińskiej puli jak najwięcej przechwytujących.

Przeciwko jest też po prostu natura. Baterie w mrozie rozładowują się szybciej, operatorzy na nocnych zmianach popełniają więcej błędów, a dron, który leci 300 km/h, nie wybacza najdrobniejszych pomyłek w ocenie odległości. W efekcie utrzymanie wysokiej skuteczności wymaga nie tylko dobrej konstrukcji, ale też ciągłego treningu i sprawnego serwisu sprzętu.

Linia dronów i eksport know-how

Mimo tych ograniczeń ukraińska koncepcja obrony oparta na masowych dronach zaczyna promieniować na resztę Europy.

Kijów buduje tzw. Linię Dronów – pas o szerokości mniej więcej 10-15 km, w którym zintegrowane systemy bezzałogowe mają tworzyć ciągłą strefę śmierci dla rosyjskich jednostek i sprzętu. W tym pasie mają działać zarówno drony uderzeniowe, jak i przechwytujące, spięte w jeden system dowodzenia i rozpoznania.

Równolegle o własnym murze dronowym mówią państwa Unii Europejskiej leżące na wschodniej flance. Na razie to raczej hasło polityczne, niż gotowa architektura obrony, ale doświadczenia z Ukrainy pokazują, iż zbudowanie taniej, gęstej warstwy bezzałogowej może być jedyną realistyczną odpowiedzią na rosnącą liczbę dronów po stronie potencjalnego agresora.

Kto dostarczy technologię, oprogramowanie, doświadczenie bojowe i szkolenia? Naturalnym kandydatem jest oczywiście Ukraina, która w tej dziedzinie ma rok za rokiem brutalnych, praktycznych testów.

Co ta rewolucja mówi o przyszłych wojnach?

Drony przechwytujące nie są oczywiście cudowną bronią. Nie zatrzymają rakiet balistycznych, nie ochronią przed wszystkimi pociskami manewrującymi, nie rozwiążą problemu strat wśród ludności cywilnej. Ale są pierwszym od dawna narzędziem, które pozwala obrońcy przestać grać w grę narzuconą przez agresora: ja atakuję tanio, ty bronisz się drogo.

Jeżeli trend się utrzyma, przyszłe systemy obrony powietrznej będą wyglądały inaczej niż dzisiejsze. Drogi sprzęt – rakiety dalekiego zasięgu, zaawansowane radary, samoloty myśliwskie – zostanie na szczycie piramidy, ale podstawą stanie się masa tańszych, elastycznych dronów, które będzie można aktualizować, produkować lokalnie i dostosowywać do konkretnego teatru działań.

Dla Rosja oznacza to, iż każda kolejna fala Shahedów czy własnych bezzałogowców będzie coraz mniej opłacalna. Dla państw wspierających Ukrainę, iż każda przekazana bateria radarów czy łączności, spięta z flotą tanich przechwytujących, może dawać większy efekt niż pojedyncza dodatkowa wyrzutnia rakiet.

A dla reszty świata? To, iż pytanie, czy stać nas na obronę, za chwilę będzie trzeba zadawać w innym kontekście. Bo jeżeli wojna w Ukrainie czegoś uczy, to tego, iż w epoce dronów przegrywa nie ten, kto ma mniej pieniędzy, tylko ten, kto gorzej liczy.

BuyboxFast
Idź do oryginalnego materiału