
Jesteśmy tak bardzo spragnieni normalności, iż znajdujemy jej przejawy choćby na największej sportowej imprezie świata.
Mistrzostwa Świata 2026 dobiegły końca. Wygrała Hiszpania – super, puchar jedzie do nas, do Europy. Kto by przypuszczał cztery lata temu, iż najlepszy piłkarz świata jeszcze zdoła poprowadzić Argentynę do finału w najważniejszym turnieju? Ja nie, przyznaję bez bicia.
Finał był raczej nudny niż ekscytujący i mniej niezwykły niż mecz o trzecie miejsce, ale można podejrzewać, iż o tegorocznych rozgrywkach prędko nie zapomnimy. To w końcu pierwszy mundial naszych czasów – gargantuiczny, dopasowany do ery przepychu i przesytu, z rekordową liczbą drużyn i spotkań.
Wspominać będziemy polityczne absurdalne wątki i reklamy dzielące połowy – zamiast jednej przerwy mieliśmy jeszcze dwie dodatkowe, krótkie. Niby chodziło o to, aby piłkarze mogli się nawodnić, ale kto by w tę bajeczkę wierzył.
O tegorocznych mistrzostwach długo będzie przypominać kabowerdyjski bramkarz eminha, który wyświetli się na Instagramie wszystkim tym, którzy zaobserwowali go po meczu z Hiszpanią. Przed wyjściem na murawę miał raptem 50 tys. śledzących, a gdy reprezentacja Capo Verde sensacyjnie zremisowała z pierwszą/drugą (wy już wiecie, ja jeszcze nie) drużyną mundialu, licznik dość gwałtownie dobił do 5 mln. Teraz wskazuje prawie 30 mln. Pewnie z czasem więcej osób kliknie „przestań obserwować”, ale póki co zawodnik może cieszyć się z olbrzymiej popularności. Jeszcze jest na świeczniku.
Za takie opowieści kocha się mundiale, dlatego wielbi się piłkę nożną. Od zera do bohatera – o czterdziestoletnim bramkarzu przed mistrzostwami mało kto wiedział, dziś jego imię zna prawie cały świat. Vozinha spełnił sen, o którym śniło wielu. Wyjść z cienia, wzbić się ponad codzienność, być jednym z wielu, by nagle to na ciebie padały wszystkie światła reflektorów.
A więc jednak, to możliwe – mogły pomyśleć miliony na świecie
Rzeczywiście nigdy nie jest za późno, los jeszcze może się odwrócić. Owszem, to nadzieja bardzo niebezpieczna, w większości przypadków złudna. Ale zdarza się i maluczki pokonuje gigantów – lub przynajmniej ich powstrzymuje na krótką chwilę. Dzięki to temu to on zgarnia uwagę, która miała być przecież zarezerwowana dla największych. A tu, proszę, niech się gwiazdorzy posuwają i robią miejsce przy stole dla niespodziewanych gości. Niech podzielą się tym najsmakowitszym tortem: sławą i uznaniem.
Można się oczywiście zżymać, iż dziś popularność mierzy się liczbą obserwujących w mediach społecznościowych i iż to o niczym w zasadzie nie świadczy. Ta nieco boomerka uwaga będzie pewnie prawdziwa i trafna, ale nie przeszkadza w celebracji wyjątkowej chwili.
Oczywiście trudno powiedzieć, by Vozinha był jednym z nas – na mundial nie jedzie się z przypadku, bo akurat los się do ciebie uśmiecha, jesteś we właściwym momencie o adekwatnym czasie. Ale mając całe tło na uwadze i w pamięci nie można nie dostrzec tego, co sprawiło, iż bramkarz nieznany większości nagle stał się popularny.
Lubimy takie historie, bo to sława, która nie została zdobyta w sposób wątpliwy, naciągany, niezasłużony – nie przez promocję, nie przez ciągnięcie za uszy przez znane towarzystwo, nie przez skandal ani inne tego typu zdarzenia.
Jak bardzo łakniemy takich opowieści, pokazuje inny przykład gwiazdy mundialu – Erlinga Haalanda. Niby to zupełnie dwie różne popularności, bo nazwisko Norwega dobrze było znane fanom piłki nożnej. To w końcu jeden z najlepszych graczy na świecie, występujący na co dzień w Manchesterze City. Napastnik zdobył uznanie na mistrzostwach nie tylko za sprawą bramek i dobrego występu narodowej drużyny, ale też tym, iż wydał się światu bardzo… ludzki. Wręcz zaskakująco.
Owszem, to milioner, mający u stóp cały piłkarski świat, o którym przez najbliższe lata będzie non stop głośno. Ale choćby rodzime media zachwycają się jego dystansem do samego siebie i tym, iż śmieje się z memów, na których występuje. Jest „chłopakiem z sąsiedztwa”, równym gościem, skromnym i niezepsutym. „To jest fantastyczna opowieść o tym, jak można być wielką gwiazdą i być dla ludzi” – mówił dziennikarz sportowy Sebastian Staszewski w programie WP „Studio mundial”.
Haaland wydaje się tak bardzo ludzki, iż powstało choćby spreparowane nagranie, na którym widać, jak gwiazdor z zaskoczeniem czy wręcz strachem reaguje na swój widok w lustrze. Jedzący posiłek piłkarz na filmie wydaje się być tak pogrążony we własnych myślach, iż zapomina, iż obok niego jest lustro. Odwraca się i zaskakuje go własna twarz.
On jest taki jak ja – mogli pomyśleć widzowie
Bo komu nie zdarzyło się popełnić podobnej gafy? Wejść w słupek, nie zauważyć zwisającej gałęzi, nie dać się przyłapać na czymś dziwacznym, tylko dlatego, iż zapomniało się o bożym świecie?
W tym przypadku to ściema, twarz Norwega nałożono na inny filmik. Ale pewnie mało komu to przeszkadzało. Cóż z tego, iż się nie wydarzyło – mogło, bo piłkarz na pewno mógłby się tak zachować! I to jest ważniejsze.
Haaland taki jak my, choć to przecież bogacz, elita, człowiek żyjący zupełnie innym życiem. Kolekcjoner drogich toreb. przez cały czas skromny, to mu się chwali, ale daleko mu do zwykłego sąsiada, daleko mu choćby do Vozinhy, tym bardziej daleko mu do nas.
Jednak tak bardzo potrzebujemy autentyczności, czegoś, co wydaje się dziś ludzkie i prawdziwe, iż weźmiemy wszystko, co się da. Jesteśmy spragnieni szczerości, a jednocześnie akceptujemy przypudrowaną rzeczywistość. Paradoks, ale zrozumiały i wybaczalny.
Dawniej tę rolę spełniali bohaterowie memów i viralowych filmików. Zwykli ludzie, którzy przeszli do historii rodzimego internetu, bo powiedzieli coś specyficznego, zabawnego, wystarczył ton lub sposób wypowiedzi, by zostać zapamiętanym na długo. Wystarczył nietypowy podpis, jak w przypadku niedawnego solenizanta.
Dziś takie historie nam nie grożą, wszystko jest z góry zaplanowane, wymuskane, wyreżyserowane. Trzeba więc brać to, co jest. Okazało się, iż mistrzostwa świata stanowią znakomitą okazję, by mogła wypromować się normalność, by nie powiedzieć: przeciętność. Tu jednak w formie komplementu, wyjątkowej zasługi, a nie szydery. Być zwykłym wśród blichtru i dlatego zostać docenionym – to największy zaszczyt.
Szkoda tylko, iż możemy tego doświadczać rzadko – raz na cztery lata.
Zdjęcie główne wygenerowane przez SI

















